Dominika, Gosia, Karolina, Julka, Julka, Wiktoria

"Piszę więc jestem... stołem!" 

 

Kuchennym, porysowanym, pociętym, poplamionym i rozwalonym przez dziesiątki, które przez ostatnich dwanaście lat tu mieszkały. Widziałem całe mnóstwo dłoni, łokci, twarzy niektóre traktowały mnie bardzo dobrze - myły, szorowały a jeden pan mnie nawet polakierował lakierem do podłóg żebym dłużej mógł służyć. Pamiętam jedną wyjątkową dla mnie trudną sytuację jak Wiktor i Seba wbili mi pod blat widelce i złośliwie się uśmiechając, uderzali w nie i do tej pory mam blizny. Ale Sebastian i Wiktor nie zawsze są źli. W domu od bardzo dawna mam Julkę pomimo tego, że ładnie mnie sprząta i dokładnie suszy straszna z niej kaleka i ciągle się łamie... tu ręka, tu noga a potem krzyk kto z dorosłych z nią pójdzie do ludzkiego stolarza i ją poskłada. Ale chłopaki wiedzą jak o nią zadbać i jak złamała rękę chłopcy trzymali jej miskę aby nabrała więcej zupy z mojego brzucha. Moje uszy już mnie bardzo bolą ponieważ dzieci trzaskają drzwiami, szurają krzesłami, krzyczą, piszczą i już nie mogę tego wytrzymać. Też niemiło wspominam pewną sytuację jak Gosia z Weroniką rozsypały na mnie w czasie zajęć plastycznych... klej! Klej wymieszany z brokatem. Paskudne przeżycie i wolałbym o tym zapomnieć. W tym momencie jestem bardzo przeciążony dlatego, że większość dzieci schodzi o 7:00 rano, siadają przy mnie i zaczynają śniadanie. Tu mnie kopną,  tu pobrudzą. Po posiłku ładnie posprzątają po sobie i siadają do lekcji... I wtedy zaczyna się sajgon: laptopy, tablety, książki, zeszyty, ołówki, długopisy, mazaki, cyrkle, nożyczki, kleje i inne pierdoły ale to jeszcze nic. Jak już wszystko przygotowane to zaczynają się kłótnie typu: "Nie patrz tak na mnie", "Nie stój mi za plecami!", "Nie kop mnie", "Nie chce mi się zalogować!", "Idź na lekcje pajacu!". "Nic z tego nie rozumiem", "Nie chcę słuchać Twojego gadania". Krzyki i wyzwiska nie wiadomo po co. Jak Weronika przyszła suszyć włosy do salonu to do niej Pani Mariola powiedziała "Idź do łazienki suszyć włosy" a Weronika na to: "nie nie będę szła do łazienki bo ja teraz jem bigos i piszę". Potem szczęśliwie już jakoś mija czas lekcji i zaczynają się przyjemności - lancze, brancze, obiady, podwieczorki i niekończące się kolacje. Ciągle tylko mnie czymś zastawiają. Miski, miseczki, cukierniczka, solniczka, koniecznie (zwłaszcza dla Wiktorii) pieprzniczka i w ogóle cały zestaw kuchenny. Kiedyś nigdy nie wiedziałem, co będzie na obiad, bo pan Krzysiu przywoził termosy niespodzianki i "co było to było". Teraz od samego rana roznoszą się zapachy. Już się nauczyłem, że jak jest pani Mariola, to będzie coś z kapusty, a jak pani Kasia, to będą ogórki. Na dyżurze pani Ani coś słodkiego, a pani Judyta zakręci coś z drożdży. Wiecznie odchudzająca się pani Marlenka zrobi jakieś warzywka, a pan Lechu - kasza, kasza i "z chlebkiem, z chlebkiem". Dziwne są te dzieciaki, jedni stale narzekają, że nie ma tu nic dobrego, a innym wszystko bardzo smakuje jak np. Halince, która w marcu zjadła siedem porcji fasolki po bretońsku, a potem poprawiła dwoma talerzami spagetti.

Ledwo zjedzą, już się pakują do mnie, bo chcą grać - znów afera: Ja chcę w Splendor, ja w Cabale, nie lepiej Czółko, a i tak kończy się tak, że z panią Ewą do północy gramy w Mafię

Czasami bywam bardzo zmęczony, ale cieszę się, że mam takie ciekawe życie. Niewiele chyba STOŁÓW na świecie mogło ugościć tyle dzieciaków, wyprawiać z nimi urodziny, obchodzić święta, być podkładką pod tysiąc pięćset pierników prezentowych, poznać tyle fajnych gier. uczestniczyć w tylu śniadaniach, obiadach, kolacjach. Jednak najciekawsze i najpiękniejsze są wieczorne rozmowy i popijanie herbaty do północy. Fajnie być stołem w Wiślanym Domu!

 

opowiadanie